sobota, 1 marca 2014

# 73. "Chata pod jemiołą" - Halina Kowalczuk



„Chata pod jemiołą”– Halina Kowalczuk <recenzja,12>


Wydawnictwo: Lucky
Rok wydania: 2013
Oprawa: miękka
Ilość stron: 367
ISBN: 978-83-62502-53-0

Półka: wypożyczona

Moja ocena: 5/10



Przeczytana:  27  lutego 2014

  

W czasie ostatniej wizyty w mojej ukochanej bibliotece zauważyłam książkę (a w zasadzie jej okładkę), która mi się skojarzyła z przemijającą zimą. Dlaczego? Przecież nie widać na niej zaśnieżonych choinek ani domów, sopli zwisających z dachu czy dzieci na sankach. Są na niej gałązki jemioły – wg mnie jeden z ważniejszych atrybutów Bożego Narodzenia. U mnie w domku jemioła w te magiczne dni była od zawsze. Do tego wszystkiego jemioła pojawiła się również w tytule – muszę przyznać bardzo  klimatycznym tytule „Chata pod jemiołą” Niewiele myśląc sięgnęłam po tę książkę i zabrałam ją ze sobą.

Z autorką do tej pory nigdy się nie spotkałam. Zresztą nic w tym dziwnego, bo z tego, co przeczytałam później na portalach literackich opublikowała do tej pory tylko dwie książki. Moją zdobycz biblioteczną i wydaną niedawno powieść „Dwie Anny”.
O samej Halinie Kowalczuk  również niewiele wiadomości znajdziemy w internecie.  Urodziła się w ubiegłym stuleciu. Skończyła ekonomię, zamiast filologii polskiej na Uniwersytecie Szczecińskim. Jej debiutem literackim była właśnie „Chata pod jemiołą”. Pisarka pracuje zawodowo, wychowuje dwójkę dzieci, prowadzi dom. Kocha swoje miejsce zamieszkania, ale marzy również o domku w górach. Uwielbia weekendowe wypady za miasto, powieści historyczne i… zwierzęta.

Główną bohaterką powieści jest Monika, 24-letnia dziewczyna, mieszkanka Szczecina, która w czasie wakacji po raz pierwszy w życiu wybrała się na wypoczynek w góry. Monika nie miała dotychczas łatwego życia. W wieku 18-tu lat straciła w wypadku samochodowym rodziców i tylko dzięki interwencji brata matki ukończyła studia i miała z czego żyć. Do pensjonatu „Chata pod jemiołą” pojechała sama. Jej narzeczony, z którym od dawna planowali ten wyjazd, w ostatniej chwili „wystawił ją do wiatru” i zamiast do Zakopanego  pojechał do Anglii, gdzie kochająca mamusia załatwiła mu staż w renomowanej firmie. Monika – zła na swojego chłopaka – zdecydowała się na samotną podróż i po wielu godzinach jazdy pociągiem znalazła się na dworcu w Zakopanem. Właścicielka pensjonatu, w którym Monika miała zarezerwowany pokój, uznała – nie wiadomo dlaczego – że nie zjawił się nowy gość, tylko…osoba do pomocy w kuchni i od razu nie dopuszczając nawet dziewczyny do głosu „zagnała” ją do przygotowywania śniadania. Polecenie poparł jej syn, Janek, który dodatkowo zachował się w sposób dość obcesowy i niegrzeczny. Nieporozumienie oczywiście dość szybko wyjaśniło się, ale Monika tak bardzo spodobała się pani Marii (bo tak miała na imię właścicielka pensjonatu), że ta złożyła jej dość interesującą propozycję związaną z jej dalszym pobytem w Zakopanem. Jaką? Nie będę tego zdradzać. Myślę, że możecie o tym przeczytać sami. 


Chata pod jemiołą istnieje naprawdę. To prywatny pensjonat w Zakopanem, w którym autorka spędziła pewnego roku wakacje. Właśnie w tym miejscu powstał pomysł napisania powieści – powieści nierozerwalnie związanej z górami, dolinami i Zakopanem.  Może właśnie dlatego pisarka potrafiła tak realnie opisać miejsca związane z Tatrami, trasy wędrówek po okolicznych szlakach i przepiękne tatrzańskie widoki. Dzięki bohaterom powieści uczestniczymy w wyprawach do Doliny Kościeliskiej, nad Morskie Oko, na Giewont, na Gubałówkę,  na Kasprowy Wierch i do wielu innych urokliwych, przepięknych miejsc w okolicach. Tak…uczestniczymy, bo Halina Kowalczuk zabiera nas na te wszystkie wypady, czujemy się jakbyśmy byli wśród uczestników tych wędrówek. Widzimy oczami wyobraźni szczyty gór lśniące w słońcu, zielone latem, żółto-rudo-czerwone jesienią i białe zimą doliny i kotliny tatrzańskie, lasy pełne jagód, malin i żurawin. Razem z Moniką i Jankiem siedzimy w saniach podczas kuligu i bawimy się przy ognisku, zajadając pieczonego dzika i bigos. Chodzimy na spacery i odwiedzamy sklepiki na Krupówkach, zachwycając się wyrobami góralskiego rzemiosła.  Do tego wszystkiego mamy możliwość poznania pięknych legend i opowieści związanych z tymi urokliwymi miejscami. Niektóre „słyszymy”  po raz pierwszy w życiu, inne są nam dobrze znane, ale przedstawione w taki piękny sposób, że i tak jesteśmy nimi oczarowani.


Dzięki tej powieści jesteśmy również gośćmi na spotkaniach góralskich, poznajemy specjały tamtejszej kuchni – ich opisy są tak sugestywne, że niemalże czujemy zapachy tych dań, a nasze żołądki dopominają się o kolejną dokładkę. 

„Chata pod jemiołą” to nie tylko Tatry. Autorka przenosi nas również nad polskie morze, do Szczecina i Pobierowa. I tu - podobnie jak w części „górskiej” powieści – poznajemy historię okolicy i związane z nią legendy i baśnie. O ile część legend tatrzańskich  znałam wcześniej, o tyle wszystkie opowieści morskie były dla mnie zupełną nowością. Dzięki Halinie Kowalczuk poznałam je i na pewno długo o nich nie zapomnę. 

Wszystkie te opowieści wplecione są w akcję powieści w sposób bardzo naturalny, wynikają niemalże z samych wydarzeń i stanowią ich magiczne tło. Podobnie zresztą jak przepiękne opisy przyrody – choć jest ich dużo, nie sposób wyobrazić sobie, że ich zabraknie lub że ulegną jakiemukolwiek ograniczeniu ilościowemu. One po prostu muszą być, bo stanowią nierozerwalną część tej klimatycznej, rodzinnej powieści. Rodzinnej, bo panuje tu atmosfera prawdziwie rodzinna – codzienne spotkania po trudach całego dnia, przy kominku, na tarasie lub w ogródku, góralska gościnność i serdeczność w stosunku do osób spoza rodziny, opiekuńczość i miłość. Miłość często nie do końca uświadomiona, ale istniejąca i przewijająca się przez wszystkie kartki powieści, stanowiąca jej tło.

Akcja powieści toczy się dość wartko, wydarzenia często nas zaskakują i mimo lekkości fabuły zmuszają do przemyśleń. Od samego początku zastanawiamy się, jak potoczą się dalsze losy Moniki i choć spodziewamy się zakończenia, jakie serwuje nam autorka, to nieraz z powodu nagłego zwrotu akcji, wątpimy w to, że nasze przypuszczenia są słuszne. 

Chwilę uwagi trzeba również poświęcić bohaterom książki. A autorka przedstawiła nam ich całą plejadę. Od przesympatycznych, ciepłych, przyjaznych, opiekuńczych po typy „spod ciemnej gwiazdy” . Trzeba przyznać, że mimo takiej ilości postaci, pani Halina potrafiła scharakteryzować nam je w sposób wielowarstwowy, zwracając uwagę na ich zachowanie w różnych sytuacjach i uzewnętrznienie się różnych cech charakteru. Nawet postacie odgrywający wyłącznie role epizodyczne, nie zostały pozostawione zupełnie na uboczu – one też od razu wzbudzają naszą sympatię czy antypatię, bowiem nie są to osoby bezbarwne, czy obojętne dla czytelnika.

Styl powieści jest bardzo łatwy w odbiorze. Nie wymaga od nas jakiegoś szczególnego skupiania się przy czytaniu książki. Widać od pierwszych stron książki łatwość i lekkość, z jaką autorka posługuje się piórem. Narracja w trzeciej osobie, narrator – obserwator pomaga również w ocenie zarówno bohaterów jak i wydarzeń. Sami bowiem mamy możliwość tej oceny, nie jest ona w żadnym momencie narzucona przez pisarkę. To my, czytelnicy, stwierdzamy, czy dana osoba nam odpowiada, czy nie poprzez pryzmat jej zachowania, jej wypowiedzi, jej reakcji na wydarzenia. 


Nie byłabym sobą, gdybym nie oceniła również okładki tego wydania książki. Wg mnie wielkie brawa należą się panu Tomaszowi Posorskiemu za jej projekt. Piękny, góralski pensjonat w oddali, zielone tło i jemioła – to jej główne elementy. Okładka przyciąga wzrok i zachęca do przeczytania książki. Sugeruje magię i baśniowość treści, kojarzy się z miłością, której tak dużo znajdujemy w tej powieści.

I to by było tyle, jeśli chodzi o plusy tej książki. Jest ich bardzo dużo i na pewno warto tę przepiękną opowieść poznać. 

Jest jednak coś co spowodowało, że ja odjęłam tej pozycji w swojej ocenie przynajmniej jeden punkt. Bo o ile jej potencjał, treść, fabuła, akcja zasługują wg mnie na mocną „szóstkę”, o tyle wydawnictwu tym razem należy się przysłowiowa „pała”. Wydanie pozbawione jest w ogóle jakiejkolwiek korekty – takiej ilości błędów nie spotkałam dotychczas w żadnej książce. Nie było chyba strony, na którą nie wkradłby się błąd – interpunkcyjny, literówka, ale również stylistyczny czy ortograficzny. Aż włos się jeżył na głowie, że coś tak niechlujnego mogło ujrzeć światło dzienne w naszych księgarniach. Jest to niedopuszczalne i jeśli wydawnictwo „Lucky” nadal będzie w ten sposób działać, to nie wróżę mu długiej historii na rynku księgarskim. Mam nadzieję, że kolejna powieść Haliny Kowalczuk zostanie wydana przez kogoś bardziej odpowiedzialnego i przywiązującego większą wagę do strony korektorskiej.

Reasumując, to zachęcam Was do przeczytania tej książki. Jest to na pewno lektura lekka, łatwa i przyjemna, której warto poświęcić te parę godzin. Przenieść się w troszkę bajkowy świat – świat pełen nieraz dramatycznych, nieraz komicznych wydarzeń; wydarzeń, które zakończone są „happy endem”. A przecież każdy chciałby, żeby i w prawdziwym życiu ten „happy end” zawsze na nas czekał.


 
Recenzja publikowana również: 
- granice 


Recenzja bierze udział w wyzwaniu:

LINK 

LINK 

LINK 

LINK 

 LINK

 LINK

LINK 


 


12 komentarzy:

  1. Czasem miło przeczytać książkę lekką, łatwą i przyjemną. Po prostu zapomnieć o szarej codzienności i dać się ponieść fabule.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet trzeba tak zrobić - nie da się przecież żyć tylko w ambitnym świecie :)

      Usuń
  2. A ja zakochałam się w historii ,,Chaty pod jemiołą'' i daje jej najwyższą notę. Odrzuciłam w kąt wszelkie korekcyjne niedoskonałości (zresztą wydawnictwo zapowiedziało, że wznowi nakład tej książki z poprawioną już korektą). Niemnie jednak fabuła urzeka bez dwóch zdań.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi, że tak uważasz, bo mnie książka tez bardzo się podobała, ale...książka to nie tylko fabuła, akcja, bohaterowie, ale również jej wygląd, okładka, jakość. Ja też często przymykam oczy na drobne niedociągnięcia, ale to co działo się w tej książce, to przeszło najśmielsze moje wyobrażenia :)

      Usuń
  3. Lekka książka na gorsze dni :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zaczytana, bardzo przyjemnie piszesz o książkach :-) "Chata pod jemiołą" może być doskonałą lekturą podczas wycieczki w góry, z grzańcem w dłoni... wpadnę tu do Ciebie, mimo że jesteś taka zaczytana :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja tym razem spasuję, bo mam takie zaległości, że i tak na lekturę tej książki czasu bym niestety nie znalazła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam to - sama się borykam z zaległościami :(

      Usuń
  6. Cieszę się, że dolączyłaś :)
    Dodaję +1 punkt za marcowy klucznik 2.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy pozostawiony komentarz. Moje oczy się śmieją, jak go widzę i od razu robi mi się weselej i cieplej na duszy. Dzięki Wam wiem, ze warto pisać dalej i ze mój blog ma jakiś sens. Staram się odpowiedzieć na każdy komentarz i odwiedzić wszystkich moich czytelników.
Pozdrawiam Was bardzo serdecznie i do zobaczenia na Waszym blogu.