Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skrzat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skrzat. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 lipca 2015

# 265. "Singielka" - Teresa Monika Rudzka




„Singielka”– Teresa Monika Rudzka
 <recenzja,62, 12/2015>



Wydawnictwo: Skrzat
Rok wydania: 2011
Oprawa: miękka
Ilość stron: 289
ISBN: 978-83-7437-664-8
Półka: posiadam
Moja ocena: 8/10

Przeczytana:  10 listopada 2014






Pojęcie staropanieństwa już dawno się przeterminowało. Obecnie jest się singielką i to określenie na dobre weszło do naszego słownika. Czy singielką jest się z wyboru czy z konieczności? Czy wystarczy nie mieć pary, żeby być singlem? Temat bardzo ciekawy i na czasie, bo wiele osób obecnie decyduje się na samotne życie i niełączenie się w stałe związki. 


Singielką jest również główna bohaterka powieści Teresy Moniki Rudzkiej. Robertę poznajemy w wieku dziewiętnastu lat, gdy bierze udział wraz z całą rodziną w pogrzebie swojej siostry Ani. Matka, ojciec, dwaj bracia Krzysiek i Marcin, nieuczestnicząca w pogrzebie siostra Dorota, i ona - Robi. Wydawać by się mogło zwykła, wielodzietna rodzina jakich wiele. Zapewne tak, bo niestety dość często trafiamy na patologie w rodzinach tego pokroju. Ojciec – nadużywający od wielu lat alkoholu, matka – zaniedbana, sterana życiem, nie mająca własnego zdania, nieudolna i nieprzystosowana oraz ich dzieci. Dzieci też nie do końca spełniające oczekiwania rodziców, „nieudane” jak twierdziła matka, w mniejszym lub większym stopniu upośledzone umysłowo. Tylko Roberta jest inna. Widziała całą patologię  sytuacji, w której przyszło jej żyć i zapragnęła jej zmiany. Jak każda normalna młoda dziewczyna marzyła o dobrej pracy przynoszącej godziwą zapłatę, życiu w luksusie, kochającym, bogatym mężu. Czy Robercie uda się zrealizować swoje plany? O tym możecie poczytać – warto poznać jej historię.


Nie jest tajemnicą, że Teresa Monika Rudzka należy do moich ulubionych polskich pisarek współczesnych. Przeczytałam wszystkie wydane przez Nią książki (recenzje pozostałych: Kuzyneczki, Zawsze będę Cię kochać, Bibliotekarki) i zawsze wzbudzały mój zachwyt. Podobnie jest z Singielką. Dlaczego kolejna pozycja Moniki wywarła na mnie takie wrażenie? Składa się na to kilka elementów…


Singielka to przede wszystkim historia Roberty, jej życia pełnego smutku, poszukiwań lepszego jutra, rozczarowań, dążeń, wzlotów i upadków, kolejnych potknięć i małych zwycięstw. Ale na Robercie i jej rodzinie nie kończy się plejada postaci. W tej krótkiej, bo liczącej tylko niespełna 300 stron powieści, Autorka przedstawiła nam taką mnogość typów ludzkich, że trudno by było chyba znaleźć w literaturze podobny utwór.  Mamy tu kuzynkę matki Elżbietę, z mężem Pawłem i córką Karoliną, jej przyjaciela Jędrka, ciocię Leonię, jej ukochanego Romana, siostrę ojca Bożenę, jej męża Wiktora i córki  Kamilę oraz Agnieszkę, sąsiadkę – panią Lilkę, Zenka, Jasię, Zdzisia, Zyzia, Irka i … wielu, wielu innych. Może nie byłoby w tym nic dziwnego ani nadzwyczajnego. Każdy może wpleść w swoją powieść mnóstwo postaci, ale Monika Rudzka robi to w sposób doskonały. U niej wszyscy bohaterowie mają indywidualne cechy, są wyraziści, łatwi do zapamiętania. Po zakończeniu powieści potrafimy o każdym z nich powiedzieć parę zdań, scharakteryzować go, wyciągnąć z tłumu i oddzielić od innych. Zauważamy tu niejako przekrój całego polskiego społeczeństwa, może chwilami przedstawiony zbyt dosadnie, ze sporą dozą ironii i drwiny, ale mimo wszystko bardzo prawdziwy. Ludzie zaprezentowani przez Pisarkę są autentyczni, realni, z krwi i kości – ot jakich wiele na polskich ulicach, w zakładach pracy, w supermarketach czy osiedlowych sklepikach i bazarkach, w polskich domach. Ludzie chciwi, zazdrośni, nadużywający alkoholu, skąpi, fałszywi, nie wykazujący empatii ani współczucia, tchórzliwi, nieodpowiedzialni. Ponury obraz – nieprawda? Ale ileż takich właśnie osób spotykamy wokół siebie? Chwilami mamy wrażenie, że jest to przeważająca część społeczeństwa, że tylko nieliczni wyłamują się z tego stereotypu. Brzmi bardzo pesymistycznie, ale jednocześnie zmusza do refleksji i zastanowienia się nad zmianami. I choć pesymizm wypływa z każdej kartki tej powieści, to jednak zdajemy sobie sprawę, że Autorka – choć nie podaje nam lekarstwa na tę cywilizacyjną chorobę – jednak wzbudza w nas iskierkę nadziei, bo w zakończeniu pojawia się odrobina optymizmu. Może nie jesteśmy w stanie zmienić ludzi naokoło siebie, ale możemy spojrzeć na nich innym okiem, okazać im nieco więcej zainteresowania i empatii, a wtedy promyki słońca także dla nas zajaśnieją.

Nawet dające się zauważyć przejaskrawienie postaci nie zmienia faktu, że Singielka , podobnie jak inne powieści Moniki Rudzkiej, odznacza się dbałością o realizm – sytuacyjny, postaci, miejsca akcji, dialogów, czy też tła społeczno-obyczajowego. Autorka przedstawiając nam zwykłą młodą kobietę, wyposażyła ją w cechy przeciętnej przedstawicielki płci pięknej naszych czasów. Takich Robert spotkamy dookoła bardzo wiele. Nieco zagubionych, ale przebojowych, dążących „po trupach” do celu, nie stroniących od szafowania własnym ciałem, poszukujących na siłę miłości i możliwości zamążpójścia. Jest to chyba niestety bardzo znamienne dla naszego społeczeństwa – podobno „cel uświęca środki”, ale czy zawsze tak musi być? Otóż…nie. Roberta też przechodzi pewną metamorfozę, dojrzewa powoli do sytuacji, w której stwierdza, że życie kobiety samotnej, niezależnej singielki, wcale nie jest takie złe. 


Autorka przedstawiając nam polskie społeczeństwo, nie poprzestała na  rodzinie ocierającej się chwilami o patologię. W Jej powieści poznajemy osoby z różnych warstw społecznych, nawet tych uznawanych za elitarne. Przynależność do określonej grupy nie ma jednak wpływu na postrzeganie danego człowieka – wszystkim dostaje się równo. Nie ma pobłażania, przymykania oczu – wady poszczególnych jednostek ludzkich są tępione równie mocno u sprzątaczki czy pijaka, jak i u profesora czy pracownika agencji ubezpieczeniowej. „Każdemu według jego zasług” . I to bardzo mi w prozie Moniki odpowiada, to, że nikogo nie faworyzuje, a wszystkich traktuje równie drwiąco i ironicznie.


Nie zabrakło w Singielce także tak znamiennych dla naszych czasów wyjazdów emigracyjnych „za chlebem”, realiów życia na obczyźnie, sytuacji finansowej i zawodowej emigrantów, a także ich wzajemnych stosunków. Chciałoby się powiedzieć „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”, bo zarobkowanie i życie w krajach, do których tak chętnie emigrują Polacy, nie zawsze wygląda tak różowo, jak niektórzy to przedstawiają. Tam też często rozgrywa się „narodowe piekiełko”, rzeczywistość daleka jest od wyobrażeń i marzeń, a powroty nie zawsze spowodowane są tęsknotą za ojczyzną i bliskimi, a często po prostu smutną koniecznością i zderzeniem marzeń z rzeczywistością.


Teresa Monika Rudzka w żadnej chwili swojej powieści nie koloryzuje, nie idealizuje, nie upiększa. Wręcz przeciwnie. Wychwytuje najgorsze przywary, defekty, nałogi, niedoskonałości polskiego społeczeństwa. Wychwytuje i przedstawia. Przedstawia i ironizuje. I właśnie tę ironię kocham w Monice najbardziej.


Ale nie tylko. W Singielce pojawia się również tak typowy dla Autorki styl narracji i prosty, nieupiększony, do bólu życiowy język. To on sprawia, że powieść pochłaniamy, niemalże na wdechu, i nie możemy się od niej oderwać. To on fascynuje i zaciekawia. Historia Roberty nie byłaby tak interesująca, gdyby była opowiedziana innym stylem, bardziej patetycznym, zimnym, obojętnym. Właśnie styl, który kiedyś nazwałam „plotkarsko-gawędziarskim”, pasuje do niej najbardziej i przyciąga czytelnika. To on powoduje, że ma się wrażenie, że siedzimy obok Pisarki i że snuje nam ona swoją opowieść i jest ona skierowana tylko i wyłącznie do nas. Takie „babskie” spotkanie przy kawie, okraszone pogawędką i ploteczkami. Chwilami gorzkie, chwilami śmieszne, chwilami pobudzające do refleksji, a chwilami zapierające dech ze zdziwienia. 


Pamiętajcie tylko o jednym – w tę historię należy się wsłuchać. Nie można myśleć o niebieskich migdałach. Należy chłonąc każde słowo, przeanalizować je, „przegryźć”, nie pozwolić, żeby uleciało. Wtedy dopiero będziemy w stanie docenić kunszt Pisarki i magię opowieści, którą stworzyła. Wtedy zatrzymamy się przed nią i wiele pozwoli nam się ona nauczyć i przemyśleć. Wtedy może docenimy szczęśliwy związek, jaki tworzymy z drugim człowiekiem, a może zdecydujemy, że życie bez partnera wcale nie jest złe i nie musi oznaczać samotności. Mnie w każdym razie wiele ta książka uświadomiła.   


  

Singielka kończy na razie moją przygodę z twórczością Teresy Moniki Rudzkiej. Resztę Jej powieści przeczytałam wcześniej i tylko mam nadzieję, że wkrótce napisze coś nowego, równie frapującego. Bibliotekarki [2010], Singielka [2011], Kuzyneczki [2013] i Zawsze będę cię kochać [2014] – te tytuły warto zapamiętać i zapoznać się z nimi. To utwory zapadające w pamięć, o ciekawej fabule, bogatym tle społeczno-obyczajowym, barwne, nietuzinkowe, niebanalne. Umożliwią Wam poznanie samych siebie, zmuszą do refleksji, przemyśleń, zadumy. Niejednokrotnie wywołają uśmiech na Waszych twarzach, ale także pojawi się smutek w Waszych sercach. Wywołają szereg emocji i niezapomnianych wrażeń.

Polecam z całego serca !





Za możliwość przeczytania tej fascynującej powieści  dziękuję Autorce










Recenzja publikowana również
lubimyczytac 
granice 
biblionetka

czwartek, 12 lutego 2015

# 215. "Bibliotekarki" - Teresa Monika Rudzka



„Bibliotekarki”– Teresa Monika Rudzka

 <recenzja,56 – 6/2015>





Wydawnictwo: Skrzat
Rok wydania: 2010
Oprawa: miękka
Ilość stron: 196
ISBN: 978-83-7437-615-0
Półka: posiadam
Moja ocena: 7/10

Przeczytana:  19 listopada 2014





Biblioteka to takie miejsce, do którego zawsze z dużą przyjemnością zaglądam. Uwielbiam wprost zapach tych tysięcy książek, które są tam zgromadzone. Dla mnie to po prostu pomieszczenie magiczne. Co prawda nieraz tę magię burzą panie, które tam urzędują, ale cóż… dla nich to tylko miejsce codziennej pracy. I właśnie z tymi paniami zmierzyła się w swojej debiutanckiej powieści Bibliotekarki Teresa Monika Rudzka.

Muszę Wam się przyznać, że biorąc do ręki tę książkę Moniki Rudzkiej byłam pełna obaw. Miałam, co prawda, już za sobą późniejsze utwory Pisarki – Kuzyneczki [moja recenzja KLIK], Zawsze będę Cię kochać [moja recenzja KLIK] oraz Singielkę – i byłam nimi zachwycona, ale… no właśnie Bibliotekarki to debiut Moniki, a do tego czytałam wcześniej sporo niepochlebnych opinii na temat tej książki. Na szczęście moje obawy okazały się całkowicie nieuzasadnione i jeszcze raz przekonałam się, że zawsze należy książkę przeczytać i absolutnie nie sugerować się opiniami innych czytelników. Gusty są przecież tak zróżnicowane i naprawdę „nie należy z nimi dyskutować”.

Teresa Monika Rudzka urodziła się we Wrocławiu, lecz nie z tym miastem związała się na stałe. Mieszka bowiem w Lublinie. W swoim życiu pracowała jako sekretarka, agentka ubezpieczeniowa i … bibliotekarka, więc można przypuszczać, że w swojej książce opierała się przynajmniej częściowo na własnych obserwacjach. Obecnie Monika para się również dziennikarstwem i współpracuje z „babskimi” czasopismami pisząc na ich łamach różne historie. Lubi koty. Lubi czytać interesujące książki oraz nie stroni od obejrzenia ciekawego filmu. Bibliotekarki (2010)  są jej debiutem literackim. Ma na swoim koncie jeszcze trzy powieści: Singielka (2011), Kuzyneczki (2013) i Zawsze będę Cię kochać (2014).

Żywia Radzińska, główna bohaterka Bibliotekarek , to kobieta w średnim wieku, zadbana, pedantyczna i nieco snobistyczna. Po latach pracy w charakterze agentki ubezpieczeniowej, co przyniosło jej dość wysokie zarobki i niezależność finansową, postanowiła wrócić do pracy w bibliotece. Nie jest to wcale taka łatwa sprawa, ale Żywii nie brak uporu i konsekwencji w działaniu.

Moje podanie o pracę w bibliotece od ponad roku nabiera mocy urzędowej. Dość tego, czas działać. ¹

Któż miałby tyle cierpliwości? Żywii udaje się wreszcie umówić na rozmowę kwalifikacyjną do dyrektora Maksymiliana Traciuka. Zawsze jakiś sukces. Po kolejnych dziesięciu miesiącach wizyt u dyrektora, przesiadywania w sekretariacie, licznych telefonach i obietnicach Żywia staje się szczęśliwą posiadaczką umowy o pracę. Na pół roku, ale dobre i to. Nasza bohaterka rozpoczyna pracę w filii nr 32. Jesteście zapewne ciekawi, jak będzie wyglądała przygoda Żywii z biblioteką. Zapraszam do książki.


Bibliotekarki… ileż tu różnych, przeróżnych typów ludzkich, a w zasadzie portretów kobiet. Pisarka nie poprzestała tylko na doskonałym, wielowymiarowym ukazaniu Żywii. Pojawiają się tu jakże ciekawe postaci, innych, zatrudnionych w bibliotece istot płci żeńskiej. Mamy tu kierowniczkę – panią Grażynę, kobietę po czterdziestce, elegancką, szczupłą i niesprawiedliwą; mamy także starszą od niej Halinę, zahukaną, ubierająca się na czarno, zaniedbaną i bardzo powolną; jest również najbardziej wredna Iza, pięćdziesięcioletnia pani, wyzywająco ubrana, zadbana, pępek świata i intrygantka; kolejna Ala, nieco przygruba, ale mimo to dobrze wyglądająca i wiecznie uśmiechnięta trzydziestka; i w końcu dwie stażystki Agatka i Kasia oraz pani Stenia, sprzątaczka. Przyznacie, że parę kobiet zagnieździło się w tym „babińcu”, do którego trafiła Żywia. I nie są to wszystkie osoby, które poznajemy w powieści, bowiem Żywia przejdzie do pracy w drugiej filii i tam spotka kolejne indywidua, a do tego mamy przecież również obraz pracowników centrali. Dużo tego w tej galerii portretów. Oj, dużo ! Ale to jest właśnie smaczek w powieściach Moniki Rudzkiej – kolekcja postaw, charakterów, wyglądu zewnętrznego. Kolekcja bogata, różnorodna, ciekawa i bardzo prawdziwa. A my obserwatorzy stoimy naprzeciwko tych kobiet i widzimy wśród nich jednostki tak dobrze nam znane z życia codziennego. Monika potrafi jednym celnym ruchem pędzla niczym wybitny malarz-portrecista uchwycić indywidualne cechy każdej bohaterki, ukazać nam ją w odpowiednim świetle i sprawić, że cały czas o niej pamiętamy i widzimy ją przed oczami. I choć być może ich zachowanie i maniery są nieraz lekko przejaskrawione, to i tak mamy poczucie dużej realności i prawdziwości. Kobiety z Bibliotekarek są po prostu wzięte z życia –oprócz pracy zawodowej, prowadzą dom, sprzątają, piorą, robią zakupy, gotują obiad, wychowują dzieci. Są przedstawicielkami polskich kobiet, choć oczywiście nie każda z nas „zaopatrzona” jest w tak paskudny charakterek jak Iza, nie każda jest nieco snobistyczna jak Żywia, czy też zaniedbana jak Halina. Ale w tej małej, bibliotecznej społeczności jesteśmy w stanie wypatrzeć bardzo ciekawe i jakże różnorodne typy charakterologiczne.
 
O ile realizm postaci jak zwykle mnie zachwycił, o tyle mam nieco wątpliwości co do realizmu miejsca akcji. Trudno mi polemizować z Pisarką, gdyż znane mi są tylko biblioteki w dużym mieście, jakim jest Warszawa i być może ich standard odbiega nieco od stereotypów małomiasteczkowych, ale… akcja naszej powieści nie ma miejsca w małym mieście, o czym świadczy chociażby numer filii, w której pracuje Żywia. Mamy więc do czynienia z dużym, prawdopodobnie wojewódzkim miastem i tu nie chce mi się wierzyć, że biblioteki, jak je przedstawia Autorka, są nieskomputeryzowane, a w łazienkach wiszą brudne ręczniki. Akcja powieści rozgrywa się przecież w końcu I dekady XXI wieku, a zostajemy przeniesieni do bibliotek z czasów komunistycznych. No chyba, że ja siedzę sobie w tej Warszawie jak przysłowiowy „pączek w maśle” i nie wiem, co się dzieje w innych rejonach Polski. 

Takie przedstawienie miejsca akcji może mieć również zupełnie inne wytłumaczenie. I prawdę mówiąc wydaje mi się ono najbardziej prawdziwe. Otóż Teresa Monika Rudzka potraktowała swoją powieść jako swoistą satyrę, drwinę z biblioteki i przedstawiła nam to miejsce w sposób prześmiewczy, wręcz groteskowy.
Zdają się o tym świadczyć również stosunki tam panujące – te układy, układziki, alkohol i huczne imprezy w pracy, plotkowanie, zawiść, niechęć, tępota, zewsząd spozierający fałsz i małostkowość. Trudno uwierzyć, że możliwe jest nagromadzenie aż tylu anomalii w jednym, skromnym pomieszczeniu. 

Jeśli do tego wszystkiego dodamy jeszcze cudowny, pełen swady styl pisania Moniki – język prosty, niewyszukany, bez zbędnych opisów, trafiający do czytelnika i powodujący uśmiech na twarzy oraz styl gawędziarsko-plotkarski, który dla mnie jest olbrzymim atutem pisarstwa Autorki, to otrzymujemy utwór napisany „z przymrużeniem oka” i „ku pokrzepieniu serc” pełen komizmu i wszelkich absurdów. 

A już skargi do Dyrekcji z cyklu „Z księgi skarg i zażaleń” i odpowiedzi na nie, to istny majstersztyk – kto czytał, wie, o czym mówię. A kto nie czytał? Cóż… biegusiem do biblioteki, bo w księgarniach już chyba tej książki nie znajdziecie…


-------------
¹ „Bibliotekarki”, Teresa Monika Rudzka, Wydawnictwo Skrzat, 2010, str.23




Za możliwość przeczytania tej fascynującej powieści  dziękuję Autorce i Pani Kasi z Wydawnictwa „Skrzat”




Recenzja publikowana również: 
biblionetka 
lubimyczytac 
nakanapie 
 - granice