niedziela, 29 grudnia 2013

#5. 40 lat temu ukazał się "Archipelag GUŁag" Sołżenicyna

- rocznice, rocznice… -

40 lat temu ukazał się "Archipelag GUŁag" Sołżenicyna

Czterdzieści lat temu, 28 grudnia 1973 roku w Paryżu ukazała się po raz pierwszy jedna z najważniejszych (jeśli nie najważniejsza) książek w historii na temat totalitaryzmu. „Archipelag GUŁag 1918-1956” – bo o nim mowa – został napisany przez Noblistę Aleksandra Sołżenicyna, a jego treścią jest codzienne życie więźnia w sowieckim obozie pracy. Autor sam doświadczył takiej sytuacji, gdy po aresztowaniu w lutym 1945 r został skazany na osiem lat „wychowawczego” obozu pracy.

Jego dzieło opisuje brutalną rzeczywistość komunistycznego obozu pracy, gdzie obok zwykłych kryminalistów znajdowali się więźniowie polityczni, intelektualiści i opozycjoniści, czyli „wrogowie narodu”.  Efektem planu pozbycia się tych „wrogich” jednostek było powstanie  całego „archipelagu” obozów pracy, znajdujących się na terenie całego kraju, odzierających więźniów z człowieczeństwa i zmuszających do niewolniczej pracy.

Literacką Nagrodę Nobla Sołżenicyn otrzymał w 1970 roku, a więc 3 lata przed ukazaniem się jego najsłynniejszego dzieła.
"Archipelag GUŁag" dziś uznawany jest za jedną z najważniejszych powieści XX wieku. Zajmuje 15. pozycję na liście "100 książek XX wieku" według francuskiego magazynu "Le Monde".
                       


                                                                                    /opracowano na podstawie historia.wp.pl

#4. „Morelle” – Elizabeth Adler

- czy Morelki są wśród nas? -

„Morelle” – Elizabeth Adler <recenzja,4>



Tytuł oryginalny: Peach
Tłumaczenie: Ewa Murawska
Wydawnictwo: AMBER
Seria: Wszystko dla Pań
Rok wydania: 1997
Oprawa: miękka
Ilość stron: 400
ISBN: 83-7169-444-X
Półka: posiadam
Moja ocena: 8/10
Przeczytana: 4 grudnia 2013

Kupisz: raczej tylko antykwariaty
Na książkę Elizabeth Adler natknęłam się niedawno w antykwariacie. Jako typowy mól książkowy lubię czasem wpaść do tej skarbnicy starych, przeczytanych przez innych i często mocno zniszczonych woluminów. Właśnie te tomiszcza mają wg mnie duszę, bo każdy, przez których ręce przeszły, zostawił w nich jakąś swoją cząstkę. Nie wiem, co mnie zainteresowało w tej książce – może okładka (niestety nie znalazłam jej w internecie, więc musiałam posiłkować się inną, za co wydawcę przepraszam), na której znajduje się piękna dziewczyna w kapeluszu wśród gałązek lawendy…. może seria, w której książka została wydana „Wszystko dla Pań”, a więc zapewne babskie czytadło… a może krótka informacja na tylnej okładce:

„Morelle - piękna, kapryśna i uparta dziedziczka fortuny francuskiego rodu de Courmontów, właścicieli imperium samochodowego, i Noel Madox - męski, przystojny wychowanek amerykańskiego sierocińca, który dzięki niezwykłej sile charakteru zdobywa szczyty powodzenia: pozycję w świecie biznesu, majątek i... Morelle. Los zetknie tych dwoje jeszcze jako dzieci, ale nie pozwoli im o sobie zapomnieć...” [1]

Może…może…może… miałam akurat „złe dni”, mnóstwo spraw na głowie, problem gonił problem, więc idealny czas na zagłębienie się w tego typu lekturę. No i książka stała się moją własnością. Wróciłam do domku i…całkowicie pochłonął mnie świat powieści.
O autorce „Morelle” Elizabeth Adler niewiele wiadomości można znaleźć w internecie. A może to ja nie potrafię szukać? Na pewno jest postrzegana jako jedna z najbardziej popularnych pisarek powieści o kobietach i dla kobiet. Większość jej książek trafiła na listy bestsellerów.

Być może Elizabeth Adler tak dobrze potrafi opowiedzieć o pełnych przygód kolejach losu swoich bohaterek, bo jej życie ułożyło się podobnie jak życie kobiet, o których pisze. Karierę zawodową rozpoczynała jako skromna sekretarka, w 1965 roku poznała Richarda – swojego późniejszego męża – prawnika z Nowego Jorku. Razem wyjechali do Las Vegas, gdzie wzięli ślub. Zamieszkali najpierw w Rio de Janeiro, a potem w Hollywood. Tam Elizabeth poznała i zaprzyjaźniła się z wieloma gwiazdami kina i piosenki, w tym z takimi znakomitościami jak  Frank Sinatra, Stevie Wonder czy Tina Turner. Okres prosperity został niestety przerwany przez chorobę męża. Jednak nawet to nie wpłynęło na zmianę „włóczykijskiego” trybu życia – Elizabeth wraz z mężem odwiedziła Hiszpanię, południe Francji i wreszcie Anglię, gdzie osiadła na stałe w zaadaptowanym budynku klasztornym. Gdy córka poszła do szkoły, Elizabeth zaczęła pisać swoje powieści, których akcja rozgrywa się w świecie doskonale przez pisarkę znanym.

Jest rok 1932. Pod drzwi sierocińca Maddoxa w stanie Iowa zostaje podrzucone niechciane przez rodziców kilkudniowe niemowlę. Chłopiec, któremu w sierocińcu nadano imię Noel, mimo że za oknem wszystko rozkwitało jak na kwiecień przystało i do świąt Bożego Narodzenia było jeszcze bardzo daleko.
Dwa lata później na Florydzie w jakże innych warunkach przychodzi na świat długo oczekiwana córka Amelii i Gerarda de Courmont – Morelle.

„Jej policzki, szczupłe rączki, pełne fałdek nadgarstki i wreszcie delikatne zgrubienia kręgosłupa pokrywał złocisty puszek (…) Zupełnie jak meszek na świeżej moreli (…) „ [2]
Morelle nie była jedynaczką. Amelia, dwadzieścia lat wcześniej, będąc żoną Roberto do Santos, urodziła bliźniaczki, Lais i Eleonorę, które w tym czasie bawiły w odległej Francji. A właściwie bawiła się tylko Lais w Paryżu, bo Eleonora – jakże różna od swojej siostry – prowadziła z powodzeniem hotel na przylądku Cap Ferrat, na południu Francji.

Na pierwszych kartach powieści poznajemy tak bardzo różne dzieciństwo głównych bohaterów, smutne realia życia w sierocińcu, gdzie dorastał Noel i wykwintne, bogate, bez żadnych problemów i trosk życie Morelle. Choć nie do końca jest to prawdą, bowiem w wieku pięciu lat Morelle przepływa ocean, żeby spędzić wakacje u swojej babci Leonii na południu Francji. Jest rok 1939..
Powszechnie wiadomo, że okres niemieckiej okupacji we Francji w czasie II wojny światowej różnił się zasadniczo od przebiegu okupacji w Polsce. Dla Niemców zajęcie Francji oznaczało początek operacji wojennej określanej „Każdy Chociaż Raz Do Paryża” (KCRDP). Stolica Francji – nazywana stolicą kulturalną świata – nadal obfitowała w przeróżne atrakcje, przez co stała się ulubionym miejscem spędzania urlopów niemieckiej generalicji, oficerów, jak i szeregowych żołnierzy. 

Wojenne losy Morelle i członków jej rodziny są w powieści dość szeroko opisywane. Ciężka choroba Morelle i jej późniejsza rehabilitacja, pozorna kolaboracja Lais przebywającej w Paryżu, historia Eleonory nadal prowadzącej hotel na południowych wybrzeżach Francji przy znacznej pomocy babci Leonii, szczególnie potrzebnej w obliczu zajęcia hotelu przez Niemców. Wszystkie te wydarzenia przeplatają się na kartach powieści, by na końcu połączyć się w jednym miejscu…w hotelu należącym do rodziny de Courmont. Wszystkie panie (łącznie z młodziutką Morelle) czynnie uczestniczą we francuskim ruchu oporu pomagając w przerzutach członków ruchu oporu przez granicę francusko-hiszpańską. Poznajemy przepiękną historię miłości Lais i ….wystarczy o losach wojennych. Czy wszyscy członkowie rodziny de Courmont przeżyli wojnę? Jak skończyła się miłość Lais? Czy Morelle już po zakończeniu wojny znajdzie swoje miejsce w świecie i znajdzie to co najważniejsze – miłość i szczęście? Jak Noelowi, dziecku z sierocińca, uda się dojść na szczyty popularności? O tym wszystkim na kartach książki.

Przyznam się, że „Morelle” jest pierwszą powieścią Elizabeth Adler, jaką przeczytałam, a w zasadzie pochłonęłam. Pierwszą, ale na pewno nie ostatnią !!!  Zaraz po Nowym Roku udam się znowu do jakiegoś antykwariatu w poszukiwaniu wcześniejszej części, czyli historii babci bohaterki – Leoni. Jak znajdę i przeczytam, to na pewno umieszczę tu jej recenzję. Mam nadzieję, że Elizabeth mnie nie zawiedzie.

Cóż jeszcze o „Morelle”? Jej niezaprzeczalnym walorem jest język – czytelny, jasny, bez błędów stylistycznych czy literówek. Wydaje mi się, że korekty we wcześniejszych wydaniach były jakieś dokładniejsze niż obecnie. Ale to może tylko takie wrażenie…może idealizuję nieco te czasy, kiedy człowiek był jeszcze młody i piękny…Kolejnym plusem powieści jest na pewno spójność akcji. Choć książkę charakteryzuje wielowątkowość, to jednak nie mamy problemu w „połapaniu” się, kto, gdzie i kiedy, a do tego z kim i dlaczego. Autorka tak potrafiła przedstawić wszystkie wątki (rzecz dzieje się przecież nie tylko w Europie, ale również na kontynencie amerykańskim), że nie gubimy się i w każdej chwili wiemy, w jakiej aktualnie sytuacji życiowej znajduje się każdy z naszych bohaterów. Podobały mi się również główne postaci powieści, może niekoniecznie od strony charakterologicznej, choć czasem chciałabym być podobna do wiecznie zwariowanej, dążącej uparcie do celu i osiągającej to, czego zapragnie Morelle, ale od strony ukazania przez autorkę. E.Adler zarysowała na obie postaci bardzo dokładnie, ze szczegółami opowiadając o ich losach i życiu, wspaniale nakreśliła realia historyczne i zbudowała cudny klimat powieści. Pewien niedosyt odczuwałam jedynie przy historii poznania i rozwoju związku między głównymi bohaterami. Ten wątek został wg mnie potraktowany troszkę po macoszemu, ale to chyba jedyny mankament powieści.
Na pewno polecam wszystkim lekturę tej powieści, choć wiem, że sięgną po nią głównie (jeśli nie jedynie) kobiety. Miłego czytania !!!!

[1] Elizabeth Adler – „Morelle”, AMBER1997 , okładka
[2] tamże, str.11


Publikowane również:

#3. „Ostatni sędzia” – John Grisham

- Grisham inaczej -

„Ostatni sędzia” – John Grisham <recenzja,3>


Tytuł oryginalny: The last Juror
Tłumaczenie: Jan Kraśko
Wydawnictwo: AMBER
Seria: Srebrna
Rok wydania: 2004
Oprawa: miękka
Ilość stron: 288
ISBN: 83-241-1801-2
Półka: posiadam
Moja ocena: 6/10
Przeczytana: 30 listopada 2013

 Kupisz: Dobre Książki, Merlin, Matras, 

Tania Książka 
Południe Stanów Zjednoczonych Ameryki, lata 70 ubiegłego wieku. Okres segregacji rasowej, wzmożonej korupcji, potęgi pieniądza. Okres, kiedy otrzymując wyrok podwójnego dożywocia, wychodzi się z więzienia po dziewięciu latach. Może nie wszędzie, ale na pewno w niedużym miasteczku Clanton, w stanie Missisipi.


Dyskryminacja rasowa została prawnie usankcjonowana w tzw. Jim Crow laws jeszcze w czasach wojny domowej, głównie w południowych stanach. Trwała aż do lat 60 XX wieku. Ludność o czarnym kolorze skóry była zmuszona do korzystania z innych szkół, publicznych toalet, ławek w parkach, pociągów czy też miejsc w restauracjach. Niedopuszczalne były również „mieszane” małżeństwa.

Segregacja rasowa została zakończona formalnie dzięki pracy takich działaczy na rzecz praw człowieka, jak Rosa Parks i Martin Luther King. Wiele z tych działań polegało na tzw. obywatelskim nieposłuszeństwie, skierowanym na łamanie praw segregacyjnych, jak siadanie na miejscach dla białych – czy to w autobusie (Rosa Parks) czy w pociągu, czy w restauracjach. Mimo przyjęciu w 1964 roku ustaw o prawie do głosowania i o prawach obywatelskich segregacja rasowa była w latach 70 jeszcze powszechnie stosowana.

Nic dziwnego, że temat dyskryminacji rasowej pojawia się na łamach powieści Johna Grishama. Ten amerykański prawnik i pisarz urodził się przecież 8 lutego 1955 w Jonesboro w stanie Arkansas, w którym segregacja rasowa jak w większości stanów południowych była bardzo popularna, a w wieku 12 lat wraz z całą rodziną przeniósł się do Southeven, w stanie Missisipi. W roku 1981 ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie Stanowym Missisipi. W 1983 roku został wybrany do Parlamentu stanu Missisipi z ramienia Partii Demokratycznej. W tym czasie prowadził również praktykę prawniczą w Southaven.

W 1988 roku opublikował swój pierwszy thriller sądowy „Czas zabijania” w nakładzie (!) 5000 egzemplarzy. Nad tą powieścią pracował trzy lata. Jednak kolejna jego powieść „Firma” znalazła się już w 1991 roku na siódmym miejscu na liście bestsellerów. W tym roku Grisham zrezygnował z urzędu i praktyki prawniczej i zajął się już tylko pisarstwem.  Nic w tym dziwnego, bo do tej pory sprzedał ponad 60 milionów egzemplarzy swoich utworów. Tylko w Stanach Zjednoczonych w 1991 roku jego „Raport Pelikana” rozszedł się w ilości ponad 11 milionów egzemplarzy (!!!)

John Grisham jest pisarzem bardzo płodnym. Niemal co roku ukazuje się jego kolejna powieść. Prawie wszystkie jego powieści można zaliczyć do kategorii thrillerów sądowych. Choć nie wszystkie… czego przykładem jest właśnie „Ostatni sędzia”.

Bohaterem „Ostatniego sędziego” jest 23-letni Willie Traynor, który po pięcioletnich, nieukończonych studiach, ląduje w miasteczku Clanton w stanie Missisipi i rozpoczyna tam pracę w miejscowej, podupadającej gazecie. Wkrótce potem gazeta staje na skraju bankructwa, co umożliwia Willie’mu zakup tytułu za pożyczone od babki pieniądze. Oczywiście za bezcen.

Willie miał szczęście. Co prawda z wielkim zapałem zabrał się za uzdrawianie gazety i doprowadził do niewielkiego wzrostu nakładu, ale gdyby nie pewne wydarzenie, nie osiągnąłby sukcesu tak szybko. Tym wydarzeniem był brutalny gwałt i mord młodej kobiety Rhody Kassellaw, dokonany na oczach małych dzieci przez Danny’ego Padgitta.

Gazeta Willie’go  otrzymała szansę od losu. Doskonały temat i to na dłuższy okres czasu. Proces o gwałt i morderstwo, relacjonowany przez „Ford County Times” pozwolił na podwojenie nakładu.
I oto pierwszy (jeśli nie podstawowy) wątek powieści – historia rozwoju i przekształcenia mało poczytnego, wypełnionego głównie nekrologami tygodnika, w dobrze prosperujące, poczytne, świetnie prowadzone i pisane czasopismo. Dzięki „Times’owi”, a przede wszystkim jego właścicielowi poznajmy proces przemian społecznych na amerykańskim Południu w latach 70-tych ubiegłego wieku.

Mimo tego, że
„Mieszkańcy hrabstwa Ford akceptują nowego dopiero w czwartym pokoleniu” [1] 

Willie zdołał zaprzyjaźnić się z mieszkańcami miasteczka. Szczególnie ważną postacią wśród miasteczkowej społeczności jest czarnoskóra Callie Ruffin, kobieta niezwykle szlachetna, prawdomówna i wierząca. Willie, który na łamach gazety zamierzał zaprotestować przeciwko segregacji rasowej, postanowił napisać obszerny artykuł na temat życia tej niezwykłej Murzynki i jej rodziny. Callie od najwcześniejszej młodości, podobnie jak jej mąż i synowie, czynnie uczestniczyła w egzekwowaniu praw kolorowej ludności. Wkrótce Willie zaczyna traktować rodzinę Ruffinów jak swoją własną. Dzięki temu poznajemy mentalność żyjącej niejako poza nawiasem ludności murzyńskiej, ich zwyczaje, problemy, poglądy religijne, a także codzienne życie. Jest to kolejny wątek powieści, nie mający nic wspólnego z thrillerem, decydujący o zaliczeniu „Ostatniego sędziego” do kręgu powieści obyczajowych.

Callie jest elementem łączącym wątek typowo obyczajowy z elementami thrillera sądowego. Otóż zostaje ona wybrana do grona przysięgłych w procesie Danny’ego Padgitta i wraz z pozostałymi sędziami skazuje go na podwójne dożywotnie więzienie. Jakże mało adekwatny wyrok w stosunku do popełnionego przestępstwa – wszyscy spodziewali się kary śmierci. Tym bardziej wyrok jest niski, że w Missisipi skazany na dożywocie, może opuścić więzienie warunkowo już po dziewięciu latach. I tym bardziej jest przerażająca perspektywa wcześniejszego zakończenia wyroku, że Danny pożegnał się z przysięgłymi tymi słowy:


„Skażecie mnie, a dorwę każdego z was!”[2]

I rzeczywiście po dziewięciu latach pobytu w więzieniu Danny zostaje zwolniony warunkowo i wraca na wyspę, gdzie wcześniej mieszkał razem ze swoją wszechmocną, wpływową i potężną rodziną. Wkrótce ginie dwóch przysięgłych i …. na tym zakończę, bo nie chcę zdradzać dość zaskakującego  finału powieści. Czy rzeczywiście zabija Danny? Jakie będą losy pozostałych sędziów przysięgłych, w tym Callie, którą na pewno każdy z czytelników „Ostatniego sędziego” bardzo polubił? Jak potoczą się dalsze losy gazety i jej właściciela? O tym już przeczytajcie sami…


Jak już wspomniałam wcześniej „Ostatni sędzia” jest inny niż  większość utworów Grishama. Wg mnie ma niewiele wspólnego z thrillerem sądowym, jest natomiast świetną powieścią obyczajowo-psychologiczną z elementami powieści kryminalnej. Autor zwraca uwagę na luki w systemie prawnym amerykańskiego Południa; luki, które są doskonale wykorzystywane przez ludzi o wysokim statusie majątkowym – szczególnie tych, którzy wzbogacili się w nielegalny sposób i już od dawna mają z prawem na bakier. Bardzo ważnym elementem, na który Grisham zwraca również uwagę, jest korupcja obejmującą urzędników na różnym szczeblu władzy. „Ostatniemu sędziemu” brakuje tak typowej dla innych powieści Grishama szybkości akcji, wszystko toczy się bardzo powoli, majestatycznie – podobnie jak życie w tym małomiasteczkowym środowisku. Jest w niej wiele momentów, które mnie znużyły, czego nigdy nie zaznałam przy lekturze poprzednich, „prawdziwych” bestsellerów autora. Nie jest to na pewno lektura dla zwolenników thrillera – raczej dla czytelników gustujących w powieściach obyczajowych.

Jej dużym atutem jest na pewno język – bardzo plastyczny, a jednocześnie na tyle prosty, że każdy czytając powieść zrozumie, co autor chciał nam w danym rozdziale przekazać. Duże brawa dla tłumacza powieści p. Jana Kraśko, dzięki któremu możemy stwierdzić, ze Grisham jest mistrzem pióra. Nie zauważyłam w utworze żadnych błędów stylistycznych ani literówek, a ostatnio niestety dość rzadko to się zdarza. Bardzo mi się podobało to, że powieść została napisana w pierwszej osobie. Dzięki temu poznajemy lepiej głównego bohatera, jego myśli, spostrzeżenia i całą dziesięcioletnią historię.

Czy polecam tę książkę? Zagorzałym fanom thrillerów – jak już wyżej napisałam - na pewno nie, ale pozostałym czytelnikom, którzy lubią Grishama i powieści o bardziej refleksyjnej naturze – zdecydowanie tak!!!  Można przy niej odpocząć, oderwać się od trudów dnia codziennego i przenieść się na parę godzin do innego świata – świata, gdzie życie płynie powoli z dala od wielkomiejskiego gwaru i pośpiechu.

[1] John Grisham, „Ostatni sędzia” , AMBER 2004, str.16
[2] tamże, str.127


Publikowane również:


Recenzja bierze udział w wyzwaniu: